|Weterynaria|Psy|Koty|
kontakt
powrót

Pan D. i historia pewnej szkapiny.

. . .

Wtem powstaje harmider. Z szynku wychodzą - z krzykiem, z pieśniami, z bałabajkami – pijani, ogromni chłopi w czerwonych i niebieskich koszulach, w jermakach zarzuconych na ramiona.
- Wsiadajcie, wsiadajcie wszyscy! – krzyczy jeden z nich, młody jeszcze, z takim grubym karkiem z twarzą mięsistą, czerwoną jak marchew. – Wszystkich powiozę, wsiadajcie!
Rozlega się śmiech i okrzyki:
- Taka chabeta, gdzież ona powiezie!
- Mikołka! Czy ty masz dobrze w głowie: taką szkapinę założyłeś do takiego wozu!
- Nie inaczej, tylko ta bułanka ma dobre dwadzieścia lat, chłopcy!
- Wsiadajcie, wszystkich powiozę! - woła znów Mikołka, pierwszy wskakując na wóz, ujmuje lejce i staje wyprostowany na przodku. – Gniadego wziął wczoraj Matwiej! – krzyczy z wozu. – A ta kobyłka, braciszkowie, tylko krew mi psuje; z ochotą zamordowałbym cholerę, darmo żre obrok. Wsiadajcie, mówię! Puszczę ją w cwał! Cwałować będzie!
I bierze w ręce bicz, z rozkoszą gotując się do okładania bułanki.
- No to wsiadajmy, czemu nie! - śmieje się ciżba. - Słyszycie: będzie cwałowała!
- Pewnikiem nie cwałowała już z dziesięć lat.
- Teraz pocwałuje!
- Nie żałujcie, chłopcy, niech każdy bierze batog, przygotujcie się!
- Racja! Rżnijcie ją!

Wszyscy się gramolą na wóz Mikołki ze śmiechem i konceptami. Wlazło ze sześciu; jeszcze jest miejsce. Biorą ze sobą jedną babę, pulchną i rumianą. Ma na sobie czerwony kaftanik , kieckę z paciorkami, na nogach miękkie ciżmy; gryzie orzeszki i z cicha chichocze. Tłum zrywa boki ze śmiechu, bo i jakże się nie śmiać: taka kobyłka od siedmiu boleści ma cwałem ciągnąć taki ciężar! Dwa parobczaki na wozie od razu ujmują baty, by pomagać Mikołce. Rozlega się: ,,Wio!”, szkapina szarpie z całej siły, ale nie tylko w cwał, lecz nawet stępa ledwie - ledwie rusza, przebiera nogami, postękuje i przysiada pod ciosami trzech batów, sypiących się na nią jak groch. Śmiech na wozie i w tłumie potęguje się, lecz Mikołka jest zły i ze wściekłości smaga, coraz gęściej smaga kobyłkę, jakby istotnie sądził, że będzie mogła pójść w cwał.
- Bracia, zabierzcie i mnie! - rozochocił się któryś parobek spośród tłumu.
- Wsiadajcie! Wszyscy wsiadajcie! – krzyczy Mikołka. – Ona wszystkich powiezie. Zamorduję! - i grzmoci, grzmoci, już sam nie wie, czym bić - tak się zapamiętał.
- Tatusiu, tatusiu! - woła mały Rodion do ojca - tatusiu, co oni robią! Tatusiu, biją biednego konika!
- Chodźmy, chodźmy! - mówi ojciec. - Pijani, durnie, awanturują się; chodźmy, nie patrz. – I chce go odciągnąć, lecz on mu się wyrywa i jak nieprzytomny biegnie do konia. Ale z nieszczęsnym konikiem już się marnie dzieje. Dyszy ciężko, przystaje, znów szarpie, omal nie pada.
- Smagaj na śmierć! - wrzeszczy Mikołka. - Było nie było. Zakatrupię!
- Cóż to, diable wcielony, nie chrzczono ciebie czy jak? - woła staruszek z tłumu.
- Słyszane rzeczy, żeby taki koniczek wlókł taki ciężar! - dorzuca drugi.
- Zamęczysz go! - krzyczy trzeci.
- Cicho bądźcie! To moja klacz. Co zechcę, to zrobię. Wsiadajcie! Wszyscy wsiadajcie! Chcę, żeby poszła w cwał! . . .

Nagle śmiech wybucha jak salwa i pokrywa wszystko: kobyłka nie wytrzymała coraz gęstszych razów i z rozpaczy zaczęła wierzgać. Nawet staruszek nie utrzymał powagi, uśmiechnął się. No, bo proszę: takie byle co, a wierzga!
Jeszcze dwóch parobków z tłumu chwyta bicze i podbiega do konika, by go okładać z boków. Każdy nadbiega ze swej strony.
- Po łbie ją, po ślepiach, po ślepiach! - wrzeszczy Mikołka.
- Zaśpiewajmy, bracia! - proponuje ktoś z wasągu, a wszyscy podchwytują. Rozlega się hulaszcza pieśń, dzwonią dzwoneczki, śpiewający przygwizdują. Babinka gryzie orzeszki i z cicha chichocze.
. . . Malec biegnie obok szkapiny, zabiega od przodu, widzi, jak ją smagają po oczach, po samych oczach! Płacze. Serce podstępuje mu do gardła, płyną łzy. Jeden z bijących zadrasnął go po twarzy; on tego nie czuje, łamie ręce, krzyczy. Rzuca się do staruszka z siwą brodą, który kiwa głową, potępiając tę całą hecę. Jedna z kobiet bierze go za rękę i chce odciągnąć, ale on się wyrywa i znów biegnie do szkapy. Ta już goni resztkami sił, lecz jeszcze raz próbuje wierzgnąć.
- A niech cię wszyscy diabli! - ryczy rozjuszony Mikołka. Odrzuca bat, pochyla się i wyciąga z dna wozu długą, grubą hołoblę, oburącz bierze ją za jeden koniec i z wysiłkiem podnosi nad bułanką.
- Ukatrupi! - wołają wszyscy.
- Zabije!
- Moja klacz! - krzyczy Mikołka i z rozmachem spuszcza hołoblę. Rozlega się ciężki cios.
- Grzmoćcie ją, grzmoćcie! co się gapicie? - padają głosy z tłumu.

A Mikołka zamierza się po raz drugi i oto drugi cios z całego rozmachu pada na grzbiet nieszczęśliwej szkapy. Ona przysiada całym zadem, ale się podrywa i szarpie, szarpie ze wszystkich sił, targa w różne strony, żeby wóz wyciągnąć; zewsząd jednak chłoszcze ją sześć biczy, a hołobla znowu się podnosi i spada po raz trzeci, potem po raz czwarty, miarowo, z rozmachu. Mikołka szaleje ze wściekłości, że nie może jej zabić od pierwszego ciosu.
- Uparta bestia! - krzyczą dookoła.
- Zaruteńko padnie na pewno, bracia! Przyszła na nią kreska! - krzyczy ktoś z tłumu.
- Siekierą ją, co tam! Skończyć z nią od razu! - poddaje trzeci.
- Et, co się będę cackał! Rozstąpić się! - wrzeszczy Mikołka jak wariat, odrzuca hołoblę, znowu się schyla i z dna wasągu wydobywa żelazny drąg . . . - Uwaga! - krzyczy i co sił ogłusza z rozmachu biednego konika. Cios łomotnął: klaczka się zachwiała, przysiadła, chciała znów szarpnąć, ale łom powtórnie pada z rozmachem na jej grzbiet; szkapina wali się na ziemię, jakby jej kto podciął wszystkie cztery nogi naraz.
- Dobijać ją! - ryczy Mikołka i jak opętany zeskakuje z wozu. Kilku parobków, również czerwonych i pijanych, chwyta, co wpadnie pod rękę - bicze, kije, hołoblę, i biegnie ku zdychającej kobyłce. Mikołka staje z boku i na oślep zaczyna bić ją po grzbiecie. Szkapa wyciąga łeb, ciężko wzdycha i umiera.
- Zadręczył! - wołają z ciżby.
- A czemu nie chciała pójść w cwał!
- Moja klacz! - krzyczy Mikołka z łomem w ręku, z krwią nabiegłymi oczami. Stoi, jakby żałując, że już nie ma kogo katować.
- Widać naprawdę nie masz Boga w sercu! - padają z tłumu coraz liczniejsze głosy.

Lecz biedny chłopczyk już jest jak nieprzytomny. Z krzykiem przedziera się przez ciżbę do bułanki, zarzuca ramiona na jej martwy, skrwawiony łeb i całuje, całuje w oczy, w pysk . . . Później nagle zrywa się i w zapamiętaniu rzuca się z piąstkami na Mikołkę. W tej chwili ojciec, który od dawna biegł za nim, porywa go wreszcie i wynosi z tłumu.
- Chodźmy! chodźmy! - powiada - chodźmy do domu!
- Tatusiu! Za cóż oni . . . biednego konika . . . zabili? - chlipie mały, lecz traci oddech i słowa wyrywają mu się ze zdławionej piersi jako krzyk.
- To pijacy . . . awanturnicy . . . nie nasza rzecz, chodźmy sobie! - mówi ojciec. Chłopiec okala jego szyję ramionami, ale na piersi mu ciężko, ciężko. Chce zaczerpnąć tchu, coś wykrzyknąć - i budzi się.

Raskolnikow obudził się cały w potach, z mokrymi włosami, zziajany. Uniósł się przerażony.
- Bogu dzięki, że to tylko sen! - rzekł siadając pod drzewem i głęboko zaczerpując powietrza.

. . .

Fiodor Dostojewski "Zbrodnia i kara"